Pozwól mi więc przemówić do niego. Odejdziemy stąd razem.
- To byłoby możliwe jakiś czas temu – stwierdził Lylesburg, a jego głos wydobywał się z zasłony cienia zrównoważony i pełen autorytetu jak zawsze.
- A teraz?
- Znalazł się poza moim zasięgiem. I twoim też. Odwołał się do całkiem innej siły.
Gdy mówił, usłyszała hałas pochodzący z głębi katakumb – dźwięk niepodobny do niczego, co dotąd znała. Najpierw była pewna, że jest to trzęsienie ziemi; dźwięk wy doby wał się jak gdyby w ziemi i z ziemi. Ale gdy zabrzmiał po raz drugi, usłyszała w nim coś zwierzęcego: jęk, może bólu, może ekstazy… Z pewnością to był Bafomet – Który Stworzył Midian, jak powiedziała Rachel. Jakiż inny głos zdołałby wstrząsnąć posadami tego miejsca?
Lylesburg potwierdził to.
- Oto dokąd udał się Boone, żeby pertraktować – odezwał się. – Albo tak sądzi.
- Pozwól mi iść do niego.
- Został już pochłonięty. Zabrany przez płomień.
- Chcę zobaczyć na własne oczy – zażądała Lori.
Nie chcąc już odwlekać tej chwili, popchnęła Lylesburga spodziewając się oporu. Jej dłonie jednak zanurzyły się w ciemności, która go spowijała i dotknęły ściany za jego plecami. Nie był materialny. Nie mógł jej powstrzymać od pójścia dokądkolwiek.
- Ciebie też zabije – usłyszała jego ostrzeżenie, gdy biegła na poszukiwanie źródła dźwięku. Hałas otaczał ją zewsząd, lecz wyczuwała, skąd się rozchodzi. Z każdym jej krokiem stawał się głośniejszy, bogatszy, każda z jego warstw składowych dotykała innej części jej organizmu: głowy, serca, łona.
Szybkie spojrzenie za siebie potwierdziło to, czego się domyślała: Lylesburg nie próbował nawet iść za nią. Skręciła raz i drugi, a głosy wciąż narastały, aż zaczęła iść pod prąd, jakby pod silny wiatr, z opuszczoną głową, zgarbionymi ramionami.
Wzdłuż przejścia nie było już komnat, a co za tym idzie – świateł. Widziała jednak przed sobą poświatę – migoczącą i zimną, lecz na tyle jasną, by oświetlić zarówno teren, na którym się potykała (gołą ziemię), jak i srebrzysty szron na ścianach.
