Ostatni raz widziała Boone’a na powierzchni ziemi, gdy wyszedł, aby zmierzyć się z Deckerem. W ciągu kilku sekund, zanim zemdlała, widziała go w nowej, nie znanej dotąd postaci: mężczyznę, który całkiem zapomniał, co to ból i klęska. Teraz wyglądał całkiem inaczej. Ledwie mógł się utrzymać na nogach.
Wyszeptała jego imię, a słowo to nabrało ciężaru, kiedy płynęło ku niemu.
Usłyszał i zwrócił głowę w jej stronę. Nawet w najgorszych czasach, gdy kołysała go i uspokajała lęki, nie widziała takiego smutku na jego twarzy. Łzy płynęły bez przerwy, a rysy tak zmarszczył żal, że wyglądał jak noworodek.
Schodziła dalej, a każdy jej krok, każdy oddech zostały zwielokrotnione przez akustykę urwiska.
Widząc, że się zbliża, puścił się, żeby do niej pomachać, ale stracił równowagę i upadł ciężko. Przyspieszyła, nie dbając teraz o hałas. Jakakolwiek siła mieszkała w jamie na dole, musiała usłyszeć, że Lori przyszła. Znała też pewnie jej historię. Nie bała się sądu tej istoty. Wkroczyła tu z miłości, bez broni, sama. Jeśli Bafomet był naprawdę architektem Midian, zrozumie jej słabość i nie wystąpi przeciwko niej. Znajdowała się teraz o pięć jardów od Boone’a. A on usiłował przewrócić się na plecy.
- Poczekaj! – powiedziała, kierowana desperacją.
Ale to nie na nią patrzył. Gdy tylko przewrócił się na plecy, podniósł wzrok na Bafometa. Podążyła za jego spojrzeniem. Ujrzała pokój o ścianach z zamarzłej ziemi i takiej samej podłodze, pękniętej od rogu do rogu, a z powstałej tak szczeliny wydobywał się płomienisty słup, wysokości czterech czy pięciu ludzi. Bił od niego raczej gorzki chłód niż żar, a wnętrze słupa nie migotało, lecz kotłowało się, obracając jakąś dziwną materię, której najpierw nie rozpoznała, ale jej przerażone spojrzenie nagle pojęło,
W ogniu było ciało, podwieszone za kończyny ludzkie (co rozpoznała po mięsie), ale nic więcej nie dało się powiedzieć. Prawdopodobnie ciało należało do Bafometa, a tych mąk doznawało wskutek wizyty intruza.
Boone wypowiedział teraz imię Chrzciciela, a ona przygotowywała się na widok jego twarzy. I ona ją poznała, kiedy stwór tam się znajdujący – nie umarły, lecz żywy, nie mieszkaniec, lecz twórca Midian – odwrócił głowę w chaosie płomieni i spojrzał na nią.
