Nie – stwierdziła. – Twoje miejsce jest przy mnie. Należymy do siebie.
Stała blisko, ale on odwrócił głowę w stronę cienia. Ujęła w dłonie jego twarz i spojrzała mu prosto w oczy.
- Należymy do siebie, Boone. Dlatego żyjesz. Nie rozumiesz? Po tym wszystkim. Po tym, co przeszliśmy. Przeżyliśmy.
- To nie takie łatwe.
- Wiem. Oboje przeżyliśmy straszne chwile. Rozumiem, że nigdy nie będzie już tak samo. Nie chcę, żeby było.
- Nie wiesz… – zaczął.
- Więc mi powiesz. Kiedy przyjdzie pora. Musisz zapomnieć Midian, Boone. Ono już o tobie zapomniało.
Dreszcze, które nim wstrząsnęły, nie brały się z zimna, lecz zapowiadały łzy. Popłynęły strumieniem.
- Nie mogę iść. Nie mogę iść.
- Nie mamy wyboru – przypomniała. – Mamy tylko siebie.
Ból niemal zgiął go w pół.
- Wyprostuj się, Boone – powiedziała. – Obejmij mnie ramionami. Plemię nie chce ciebie, nie potrzebuje ciebie. Ja potrzebuję. Boone. Proszę.
Powoli wyprostował się i objął ją.
- Mocno – kazała. – Trzymaj mnie mocno, Boone.
Jego uchwyt zacisnął się. Gdy oderwała dłonie od jego twarzy, aby odwzajemnić uścisk, nie patrzył na nekropolię. Patrzył na nią.
- Musimy wrócić do hotelu i zabrać wszystkie moje-rzeczy, tak? Musimy to zrobić. Tam są listy, fotografie, wiele drobiazgów, których nikt nie powinien znaleźć.
- A potem? – spytał.
- Potem ustalimy, dokąd jechać, aby nikt nas nie szukał i zastanowimy się, jak udowodnić, że jesteś niewinny.
- Nie lubię światła – stwierdził.
- Więc będziemy go unikać – odrzekła. – Aż ujrzysz to przeklęte miejsce we właściwych proporcjach.
Na jego twarzy nie znalazła nawet śladu echa jej optymizmu. Oczy mu błyszczały, ale tylko od łez.
