Oto i Bafomet. Ta dziwaczna, pokręcona postać. Ujrzawszy twarz, krzyknęła. Żadne opowiadanie czy film, żadna klęska czy rozkosz nie przygotowały jej na spotkanie z twórcą Midian. Niezaprzeczalna świętość, bo coś tak skrajnego musi być święte. Rzecz ponad innymi rzeczami. Poza miłością czy nienawiścią, poza ich sumą. Wreszcie – poza granicą świadomości; niepojęte, nie poddające się klasyfikacji. Natychmiast odwróciła wzrok, a każdy ślad w pamięci wymazała, zamknęła w jakimś zakamarku, aby żadna tortura czy namowa nie kazały jej znów na to patrzeć.
Nie znała swojej własnej siły do chwili, gdy szalona chęć wyrwania się stąd nie pchnęła jej do podźwignięcia Boone’a i taszczenia jego ciała pod górę stromizny. Niewiele mógł jej pomóc. Czas, który spędził w obecności Bafometa pozbawił go zupełnie władzy w mięśniach. Lori wydawało się, że wyciąganie Boone’a na szczyt urwiska trwa wieki, a lodowe światło płomienia rzuca przed nimi cień postaci niby jakieś proroctwo.
Przejście na górze było puste. Po trosze spodziewała się, że czeka gdzieś na nich Lylesburg w towarzystwie kompanów, ale z komnaty poniżej niosła się przez tunel cisza. Kiedy zaciągnęła już Boone’a poza szczyt stromizny, płuca paliły ją od wysiłku. Smutek i strach, obecne na jego twarzy w chwili spotkanie, powoli znikały.
- Znasz wyjście stąd? – spytała.
- Chyba tak – odparł.
- Będziesz musiał mi trochę pomóc. Nie mogę cię już dłużej podtrzymywać.
Skinął głową, potem obejrzał się na wejście do jamy Bafometa.
- Co widziałaś?
- Nic.
- To dobrze.
Zakrył jej twarz rękoma. Spostrzegła, że brakuje mu jednego palca; świeża rana. Wydawał się tym nie przejmować, więc nie zadawała pytań, lecz skupiła się na tym, aby zachęcić go do ruchu. Był niechętny, posępny po tych wielkich emocjach, ale dotaszczyli się jakoś do stromych schodów, wiodących przez jedno z mauzoleów w noc.
Powietrze pachniało przestrzenią po czasie spędzonym w uwięzieniu pod ziemią, zamiast jednak nacieszyć się, Lori proponowała jak najszybciej opuścić cmentarz. Przesuwali się przez labirynt grobów do bramy. Tam Boone przystanął.
- Samochód jest tuż za murem – powiedziała. Drżał, chociaż noc należała do ciepłych.
