Po tym, co powiedział Lylesburg, nie miała zbyt wielkiej nadziei na odpowiedź, ale uzyskała ją. Jego głos wyszedł na jej spotkanie z samego środka światła i dźwięku. W całym zgiełku słyszała jednak tylko:
- Nie…
Co nie? – zastanawiała się.
Nie idź dalej? Nie zostawiaj mnie tutaj?
Zwolniła kroku i znów zawołała, ale hałas wywołany przez Chrzciciela dosłownie zatapiał jej własny głos, a co dopiero odpowiedź. Doszedłszy tak daleko, musiała iść naprzód, nie wiedząc, czy jego zawołanie oznaczało ostrzeżenie, czy też nie.
Przejście zaczęło stromo opadać – przechodząc niemal w urwisko. Zatrzymała się u szczytu i mrużąc oczy spojrzała w jasność. Oto i nora Bafometa, bez wątpienia. Hałas, który wydawał, naruszył ściany stromizny i powiał pyłem prosto w jej twarz. W oczach miała łzy, które zmyły kamienny kurz. Ale pył wciąż ją atakował. Ogłuszona dźwiękiem, oślepiona pyłem, tkwiła na krawędzi stromizny, niezdolna, by ruszyć w przód lub w tył.
Nagle Chrzciciel umilkł i wszystkie warstwy dźwięku natychmiast całkowicie zamarły.
Nastąpiła cisza, jeszcze bardziej przerażająca niż hałas, który ją poprzedzał. Czy zamilkł, bo wiedział, że w pobliżu pojawił się intruz? Wstrzymała oddech, obawiając się wydać jakiś dźwięk.
U stóp stromizny znajdowało się święte miejsce, co do tego nie miała wątpliwości. Gdy zwiedzała słynne katedry Europy, z matką, wiele lat temu i gapiła się na okna i ołtarze, nie doznawała tego uczucia nagłego wglądu, które teraz przeżywała. Nigdy też, w całym swoim życiu, we śnie czy na jawie, nie doświadczała tak sprzecznych bodźców. Chciała natychmiast uciec z tego miejsca, porzucić je i zapomnieć, a zarazem to miejsce przyzywało ją. To nie obecność Boone’a wzywała, lecz magia świętości albo występku, albo jednego i drugiego; nie można się było jej oprzeć.
Łzy spłukały teraz pył z jej oczu. Tylko tchórzostwo mogło ją wstrzymać. Zaczęła schodzić po stromiźnie. Zejście liczyło około trzydziestu jardów, lecz pokonała dopiero nie więcej niż jedną trzecią drogi, gdy na dole pojawiła się znajoma postać.
